Amadeusz
- Heart, Hear Art!
- 20 paź 2025
- 5 minut(y) czytania
reżyseria: Piotr Sieklucki, teatr: Teatr Nowy Proxima w Krakowie

Najbardziej znienawidzonym rodzajem pytań są dla mnie te o ulubioną książkę, film, malarza, obraz, piosenkarza itd.
Mam bowiem świadomość, że podobne wybory są niesamowicie nietrwałe — co z tego, że dziś wskażę tego artystę lub taką lekturę, skoro wkrótce poznam dziesiątki nowych i to, co zaledwie parę tygodni wcześniej uważałam za najlepsze, nagle przestanie takie być?
Wiem, że zobaczę pewnie jeszcze wiele filmów, malowideł, poznam dużo utalentowanych wokalistów oraz ich piosenek, dlatego bardzo nie lubię, gdy ktoś pyta o moim zdaniem najlepsze.
Robię natomiast jeden wyjątek i odpowiadam, kiedy ktoś chce dowiedzieć się, jaki jest mój ukochany spektakl. Choć może Wam się wydać, że to hipokryzja, mam szczere poczucie, że tutaj sprawa prezentuje się jednak nieco inaczej...
Widziałam już nieco sztuk teatralnych i, tak jak w przypadku wszystkich innych wymienianych wyżej tekstów kultury, nie raz czułam się nimi głęboko oczarowana. Nie doświadczyłam dotychczas nigdy sytuacji, w której miłość do któregoś z przedstawień przekształciłaby się w nienawiść, ale po czasie uczucia definitywnie słabły.
Jest natomiast jeden spektakl, o którym myślę niemal codziennie i który wydaje mi się, że darzę z dnia na dzień coraz większą miłością...
To sztuka, którą widziałam wczoraj po raz drugi i choć nieco obawiałam się, że teraz nie zrobi na mnie aż tak ogromnego wrażenia, myliłam się.
Wygląda na to, że Amadeusz wystawiany na deskach Teatru Nowego Proxima w Krakowie rzeczywiście jest dla mnie dziełem najbliższym ideału, jeśli chodzi o twórczość teatralną.
Żeby dowiedzieć się, co dokładnie sprawia, że aż tak go uwielbiam, zapraszam Was na tę recenzję!
Istnieją książki, obrazy czy filmy, które zna niemal każdy. Wydaje mi się, że nagrodzony ośmioma Oscarami Amadeusz w reżyserii Miloša Formana należy do tego rodzaju tekstów kultury. Prywatnie to również jeden z moich ukochanych filmów, dlatego pewnie domyślacie się, że ten fakt jeszcze bardziej potęgował moją ekscytację przed tym, jak pierwszy raz wybrałam się na sztukę o tym samym tytule do Teatru Nowego Proxima w Krakowie.
Zarówno film, jak i spektakl, bazują na kultowej sztuce Petera Shaffera. Oczywistym więc jest, że pomiędzy tymi trzema produkcjami występują dość spore podobieństwa. Jednocześnie natomiast każda z nich jest nieco inna i zachwyca na swój własny, niepowtarzalny sposób...
Sztuka w reżyserii Piotra Siekluckiego zaczyna się niby w sposób zbliżony do tego, który znamy z filmu Formana, ale jednak nie do końca...
W usytuowanym znacznie wyżej od pozostałej części sceny łożu z baldachimem widzimy granego przez Jerzego Fedorowicza Antonia Salieriego. Mężczyzna jest już stary oraz schorowany, co chwilę sięga po maskę tlenową i wypowiada się z widocznym trudem. Czuje, że wkrótce umrze, dlatego pragnie opowiedzieć przed śmiercią swoją historię (a raczej historię swoją oraz Wolfganga Amadeusa Mozarta). W spektaklu jednak nie ksiądz będzie wysłuchiwał spowiedzi włoskiego kompozytora. Tym razem to zadanie spada na nasze barki i tak właśnie zaczyna się cała opowieść...
Dowiadujemy się, jak wyglądało dzieciństwo Salieriego, w którego najmłodszą wersję wciela się Jonatan Maciejowski. Okazuje się, że jeszcze jako chłopca Salieriego dręczyło pewne bardzo konkretne marzenie. Marzenie o talencie oraz sławie. Gorliwie modlił się więc do Boga, który początkowo zdawał się wysłuchiwać jego żarliwych próśb.
Tak jak było to w rzeczywistości, ze sztuki dowiadujemy się, iż jako nastolatek Salieri trafił do Wiednia, by po pewnym czasie zostać nadwornym kompozytorem i dyrektorem wiedeńskiego teatru dworskiego, a w końcu stać się wręcz wyrocznią miasta w sprawach muzycznych na niemal pół wieku! Musicie wiedzieć, że w 1816 roku pięćdziesiątą rocznicę działalności Salieriego w Wiedniu obchodzono zaś niemal jak święto państwowe!¹
Spokój Antonia Salieriego trwał do momentu pojawienia się w jego życiu Mozarta, w spektaklu granego przez Vitalika Havryla.
Oczywiście już w filmie Wolfie wydawał się być postacią nieprzystającą do swojego otoczenia, ale nie oszukujmy się — to, co nawet bardzo mocno szokowało lata temu, dziś nie zrobiłoby aż tak dużego wrażenia. Właśnie dlatego Amadeusz zostaje tu mocno uwspółcześniony. Bo mimo upływu czasu temat nadal jest aktualny.
Z wyglądu Mozart z Proximy przypomina najpopularniejszych polskich piosenkarzy młodego pokolenia. Nosi złote spodnie, skarpety nie do pary, a na jego szyi oraz twarzy widzimy wyraźne tatuaże. Młody kompozytor nic sobie nie robi z dworskiej etykiety, mówiąc bez chwili zawahania to, co myśli i na potęgę przeklinając.
To nie jedyna postać w spektaklu, której wizerunek przeszedł tego rodzaju metamorfozę. Obserwujemy bowiem również znacznie zmienioną ukochaną Mozarta — Konstancję (w jej rolę wciela się z kolei Nina Stec), którą tak jak Amadeusza odróżnia od reszty bohaterów strój oraz zachowanie.
Choć cały dwór jest rozdrażniony pojawieniem się tak barwnych oraz nieszablonowo myślących postaci, najmocniej dotyka to oczywiście Salieriego.
W momencie konfrontacji Amadeusza z włoskim kompozytorem w tego drugiego wciela się Marcin Kalisz.
Wykreowana zostaje tutaj postać, która owszem — widzimy, jak dużo ma w sobie zawiści, ale zarazem taka, z którą, chcąc czy nie chcąc, sympatyzujemy. Salieri Marcina Kalisza nie jest bowiem typowym przykładem czarnego charakteru złego do szpiku kości. Obok kolejnych intryg, które uknuwa, obserwujemy również jego człowieczeństwo — widzimy tak bardzo ludzkie cierpienie z powodu niespełnionej miłości czy proste, desperackie pragnienie posiadania talentu, bycia artystą.
Wydaje mi się, że w tym momencie warto również wspomnieć, jak w rzeczywistości wyglądała twórczość Salieriego. Wbrew pozorom nie był on bowiem człowiekiem pozbawionym talentu, o czym przede wszystkim przesądza fakt, że widział w Mozarcie realne zagrożenie. Większość osób krytykowała młodego kompozytora tylko dlatego, że nie dostosowywał się do ówczesnych wzorców. Salieri zaś nienawidził go, bo doskonale wiedział, jak bardzo jest uzdolniony...
Poza tym mężczyzna uczył między innymi Beethovena, Schuberta oraz Liszta², a jego dorobek artystyczny obejmuje utwory instrumentalne solowe, skerza, symfonie, koncerty, liczne dzieła religijne i 40 oper.
Antonio Salieri nie był więc beztalenciem czy człowiekiem, któremu brakowało inteligencji. Definitywnie zawładnęła nim jednak zazdrość i pragnienie bycia najlepszym.
Historia włoskiego kompozytora rozgrywa się na naszych oczach, tylko co jakiś czas przerywana drobnym komentarzem Jerzego Fedorowicza, przez cały spektakl znajdującego się w podwyższonym łożu, z którego ogląda swoją ostatnią sztukę o własnym życiu.
Gdy idę do Teatru Nowego Proxima, wiem, że każdorazowo mogę liczyć na zachwycające kostiumy oraz scenografię, za które odpowiedzialny jest Łukasz Błażejewski. Stroje wszystkich postaci perfekcyjnie uwydatniają ich charaktery, zaś dekoracje idealnie dopełniają całość, nie odwracając jednocześnie uwagi widza od aktorów.
Fantastycznie zostaje również w Amadeuszu zrealizowana idea teatru w teatrze — mała scena wbudowana w tę dużą wygląda zachwycająco, będąc zarówno tłem dla projekcji chwil z dzieciństwa Salieriego, jak i miejscem prezentacji najnowszych kompozycji Mozarta czy jednej z najbardziej dramatycznych scen z udziałem Konstancji oraz Salieriego (więcej nie zdradzam ;) ).
Proxima to dla mnie również zawsze taniec i śpiew. W Amadeuszu przede wszystkim zachwycają energiczne, znów świetnie dopasowane choreografie w wykonaniu Niny Stec oraz wokal Mai Kleszczewskiej, choć tak naprawdę każdy występ utrzymany jest na naprawdę bardzo wysokim poziomie.
Oprócz profesjonalizmu, miejsce to cechuje również humor. W tym spektaklu śmiech wywołują w nas przede wszystkim groteskowe postaci związane z dworem i nie odstępujący Salieriego niemal na krok Venticelli.
Sztuka trwa niespełna dwie godziny, co właściwie stanowi dla mnie chyba jedyną wadę spektaklu (oczywiście mam na myśli to, że mógłby on trwać dłużej ;) ). Trzeba jednak przyznać, że końcowy fragment, w którym grany przez Jerzego Fedorowicza Salieri schodzi wreszcie na scenę i wykonuje swój ostatni, niezmiernie poruszający taniec, idealnie domyka przedstawienie.
Amadeusz wystawiany na deskach Teatru Nowego Proxima w Krakowie jest dla mnie najbliższą ideału, najpełniejszą sztuką, jaką dotychczas miałam okazję zobaczyć. To opowieść o różnych wymiarach miłości, przyjaźni (choć oczywiście nieszczerej), zawiści, intrygach, niezrozumieniu oraz wielkim marzeniu o talencie, którego jednak nie sposób w żaden sposób wybłagać czy pozyskać, gdy nie zostało się nim obdarzonym.
Tak jak już kiedyś wspominałam, spektakle grane w Proximie trudno jest opisywać za pomocą słów. Żadne wyrazy nie oddają bowiem moim zdaniem tego, co dzieje się w tej magicznej przestrzeni, w której zapomina się o całym pozostawionym pod długimi, krętymi schodami świecie oraz upływie czasu.
Nie wiedząc, jakie spektakle zobaczę jeszcze w swoim życiu, nie przyznam Amadeuszowi maksymalnej oceny, ale daję mu 9,5/10 punktów, co stanowi najwyższą ocenę, na jaką kiedykolwiek się zdecydowałam.
Choć przedstawienie widziałam wczoraj, dziś znów mogłabym je zobaczyć!
A jeśli Wy jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć tej sztuki, serdecznie polecam Wam to zrobić i gwarantuję, że nie zawiedziecie się!!!



Komentarze