Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję
- Heart, Hear Art!
- 3 godziny temu
- 5 minut(y) czytania
reżyseria: Mateusz Pakuła, teatr: Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

Zawsze kiedy idę na popularny, cieszący się wieloma pozytywnymi opiniami spektakl, paradoksalnie czuję strach. Niejednokrotnie zdarzyło mi się już bowiem mocno rozczarować sztuką, która miała być przełomowa, zachwycająca i w ogóle pod każdym możliwym względem "naj".
Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję w reżyserii Mateusza Pakuły początkowo również uznałam za jedno z takich przedstawień, jednak z czasem moja opinia o nim bardzo mocno się zmieniła...
Sztuka miała swoją premierę w 2024 roku, ale mimo to zdaje mi się, że wciąż jest o niej bardzo głośno i to praktycznie w całym kraju.
Osobiście wybrałam się na spektakl relatywnie późno, a w dodatku przypadkowo. Będąc akurat w Kielcach, przeglądałam repertuar teatru im. Stefana Żeromskiego, kiedy nagle zauważyłam w nim przedstawienie Pakuły. Zaskoczył mnie fakt, iż nie wszystkie bilety były wyprzedane, ponieważ zazwyczaj właśnie tak jest przypadku wspomnianej sztuki.
Nie zrozumcie mnie jednak źle - nie był to szok z rodzaju tych negatywnych. Bez chwili zawahania kupiłam wejściówki, a wieczorem udałam się do teatru.
Liczne nagrody, masa pozytywnych, pełnych podziwu opinii... Spektaklem spektaklem, ale muszę wspomnieć również o tym, iż odkąd pierwszy raz usłyszałam o Mateuszu Pakule (scenarzyście i reżyserze sztuki), bezustannie jestem nim zafascynowana. Zadziwia mnie jego wszechstronność, inteligencja...
Od jakiegoś czasu przestałam mówić, że ktoś jest moim autorytetem. Nie chcę być kimś, chcę być sobą. Mateusz Pakuła jednak rzeczywiście niezwykle mnie inspiruje i z ogromną ciekawością śledzę jego poczynania.
Myślę, że kto widział Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, ten nigdy nie zapomni scenografii do spektaklu. Na scenie dominuje czerń; czarna podłoga, czarne tło... Czarna jest również zakręcana zjeżdżalnia podobna do tych, które znamy z parków wodnych. Obok niej palma. Rozczapierzona roślina umieszczona jest w doniczce, oczywiście koloru czarnego. W centralnej części znajduje się natomiast okrągła, płaska dekoracja, bardzo istotna podczas trwania praktycznie całej sztuki. Scenografia sprawia wrażenie idealnie wyważonej. Jej absurdalność, tak samo jak scen komicznych powplatanych pomiędzy bardzo poważne epizody, czy muzyki doskonale współgra z paradoksami, o których będziemy słyszeć podczas spektaklu.
Wydaje mi się, że wiedzą to wszyscy, ale na wszelki wypadek wspomnę jeszcze, dla formalności, o tematyce przedstawienia. Sztuka dotyczy eutanazji. Choć w jednej z recenzji pojawia się takie stwierdzenie, moim zdaniem przedstawienie nie stanowi ataku na kościół czy katolików. Największy absurd polega na tym, iż tego rodzaju opinie wygłaszają nierzadko ci, którzy przedstawienia wcale nie widzieli. Spektakl Pakuły jest raczej krzykiem bezsilności, niemożliwej do ukojenia rozpaczy. Bo w chwili, kiedy cierpienie staje się tak ogromne, jak to, którego doświadczał ojciec reżysera, eutanazja bezsprzecznie jest dla mnie aktem największego miłosierdzia.
Moim zdaniem KAŻDY POWINIEN MÓC WYBRAĆ. Czy nie na tym właśnie polega wolna wola? Nie jestem pewna, kiedy dokładnie usłyszałam pierwszy raz o Millowskim utylitaryzmie, ale zdaje mi się, że relatywnie wcześnie. Miałam jakieś czternaście, maksymalnie piętnaście lat... Jak dziś pamiętam jednak chwilę, w której poznałam jego założenia oraz moją reakcję na nie. Choć minęło dość sporo czasu, a moje poglądy zdążyły się na przestrzeni lat zmienić, wciąż uważam, iż tak długo, jak jednostka nie wpływa swoimi czynami na życie innych, nie zagraża im itp. powinna być wolna i móc podejmować decyzje w zgodzie ze sobą. Postrzegam taki system za wręcz idealny.
Niestety, żyję jednak w kraju, w którym wolność czuję tylko do momentu, gdy nie pójdę o krok za daleko i nie poczuję, że na szyi mam łańcuch, który napina się i mocno wbija w moje ciało. Żyję w państwie, które zmusza do cierpienia, sprawia, że się boję. W miejscu, w którym byłabym przerażona, jeżeli zaszłabym w ciążę. W przestrzeni, gdzie wizja starości, czy to mojej własnej, czy osób z mojego otoczenia, spędza mi sen z powiek. Jasne, że może być gorzej, tak, oczywiście. Ale może być też lepiej. I ja chciałabym, żeby było. W XXI wieku jako dorosła kobieta chciałabym móc żyć, ciesząc się realną swobodą i nie musząc się obawiać.
Jeśli mam być szczera, długo zwlekałam z napisaniem recenzji najgłośniejszej sztuki Mateusza Pakuły, ponieważ początkowo "odbiłam się od niej". Często dzieje się jednak tak, iż rozmaite teksty kultury - czy to spektakle, czy to książki, czy filmy, zaczynamy rozumieć dopiero po czasie. Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję pojęłam właśnie po kilku miesiącach, będąc też bogatsza w pewne doświadczenia... Cieszę się, że nie opublikowałam tekstu ze swoją opinią tuż po obejrzeniu przedstawienia, ponieważ wiem, jak bardzo bym tego teraz żałowała. Traktuję to jednak jako lekcję na przyszłość i idę dalej.
Jak już mimochodem wspomniałam, spektakl Mateusza Pakuły oparty jest na jego książce o tym samym tytule, ale przede wszystkim na realnych wydarzeniach.
Ojciec mężczyzny zaczyna chorować na raka trzustki. Z osoby radosnej, pełnej życia, staje się stopniowo człowiekiem gasnącym na oczach najbliższych. Nie pomaga kościół, nie pomagają lekarze... Cierpi ojciec reżysera, ale cierpi też cała rodzina. Nie mówię, że bardziej, nie mówię, że mniej - to całkowicie inny rodzaj bólu. Fakty są jednak takie, iż egzystencja każdej osoby zaczyna kręcić się wokół chorującego mężczyzny. Rytm dnia wyznacza opieka nad ojcem, obowiązki, które trzeba wykonać. Do głowy przychodzą w takich momentach przeróżne myśli, w końcu również te dotyczące eutanazji. To nie jest egoizm. W chwili, kiedy musisz obserwować, jak jedna z najbliższych ci osób zaczyna wegetować zamiast żyć, a ty chcesz przerwać jej cierpienie, które jest już jedynym ,czego doświadcza, nie jesteś zabójcą, tylko człowiekiem pełnym współczucia, empatii.
Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję stanowi idealny dowód na to, iż teatr to nie udawanie. Maski zakrywające realną tożsamość, wymyślne kostiumy... Kiedyś owszem, dziś niekiedy również, ale mam poczucie, że obecnie rola teatru jest inna i subiektywnie uważam, że radzi sobie w niej doskonale. Chcę takiego teatru. Chcę spektakli, które mnie złamią, zniszczą emocjonalnie. Chcę przedstawień, które będą sprawiać, że chociaż przez jakiś czas nie będę potrafiła normalnie funkcjonować. Takich, które mnie uwrażliwią, zmienią mój sposób postrzegania świata.
Pisząc o spektaklu Pakuły parę dobrych miesięcy po tym, jak go zobaczyłam, przypomniałam sobie, że Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję to dla mnie również wielkie, bardzo pozytywne zaskoczenie aktorskie. W sztuce występuje bowiem fenomenalny Szymon Mysłakowski, który w roli babci Natalii jest naprawdę genialny! Jeśli chodzi o pozostałą część obsady, wydaje mi się, iż ze względu na tematykę sztuki nieco ją pominęłam... Oglądając przedstawienie w dużej mierze odcięłam się bowiem od powierzchni i od razu przeszłam do głębi oraz przesłania spektaklu.
Ta oraz parę innych kwestii stanowią powody, dla których ostatnio bardzo często myślę o sztuce Pakuły oraz o tym, że chciałabym zobaczyć ją jeszcze raz. Jeżeli tylko nadarzy się taka okazja, obiecuję, że zrobię to, a tymczasem, by jednak dopełnić wszelkich formalności, choć zarazem mam poczucie, iż nie jest to sztuka, którą powinnam oceniać w skali punktowej, przyznaję jej mocną ósemkę.
Moim największym zastrzeżeniem podczas oglądania przedstawienia była jego końcówka. Wypowiedź dotyczącą eutanazji i apel o to, aby zmienić nastawienie do niej uznałam za zbyt toporne. Jak już wiecie, zgadzam się z tym całą sobą, ale miałam poczucie, iż lekcja ta jest nakładana widzom łopatą do głowy. Teraz dochodzę jednak do wniosku, że w części przypadków, jeżeli nie w większości, faktycznie chyba tak należy postępować... Trzeba krzyknąć, pokazać czarno na białym. Bo w innej formie nie dotrze...



Komentarze