Sceny z życia małżeńskiego
- Heart, Hear Art!
- 9 mar
- 6 minut(y) czytania
reżyseria: Katarzyna Minkowska, teatr: Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Istnieje kilka spektakli, które mam wrażenie, że widzieli już wszyscy oprócz mnie. Do wczorajszego wieczora na tej liście figurowały również „Sceny z życia małżeńskiego”. Wreszcie udało mi się jednak obejrzeć kultową sztukę w reżyserii Katarzyny Minkowskiej, którą pokochały setki widzów, więc dziś mogę wreszcie podzielić się z Wami moją opinią na jej temat.
Przewrotnie zacznę od oceny punktowej – przedstawienie Minkowskiej otrzymuje ode mnie notę 6/10. Na tej podstawie możecie już, przynajmniej w pewnym stopniu, wywnioskować, że nie stałam się fanką wystawianego na deskach krakowskiego Starego Teatru sztuki. Czemu dokładnie? Już wyjaśniam!
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Minkowskiej. Wcześniej słyszałam natomiast nieco opinii odnośnie jej sztuk, w dużej mierze pokrywających się ze sobą. Osoby, które miały okazję oglądać przedstawienia reżyserki, określały je mianem bezpiecznych. Mówiły, że to spektakle, na które spokojnie można zabrać mamę czy babcię, będąc niemal pewnym, że wyjdą z teatru zadowolone. I rzeczywiście – coś w tym jest.
W największym skrócie, „Sceny z życia małżeńskiego” są sztuką poruszającą jeden z najbliższych nam, ludziom, tematów, czyli kwestię miłości. Realia bycia w związkach, obraz małżeństwa na różnych etapach… Zdrady, przemoc fizyczna, psychiczna, pytania o to, czy jeszcze kocha się partnera i czy w ogóle kiedykolwiek darzyło się go miłością.
Całą tę problematykę Minkowska ubiera w realistyczny kostium, pod pojęciem którego rozumiem powagę przeplatającą się, tak jak to również w życiu bywa, z komizmem.
Już za chwilę zdradzę więcej szczegółów, ale na ten moment pozwolę sobie podzielić się z Wami spostrzeżeniami, jakie pojawiły się w mojej głowie podczas oglądania „Scen z życia małżeńskiego”.
„Nie należę do grupy odbiorczej” – pomyślałam pierwszy raz po jakiś trzydziestu minutach od rozpoczęcia sztuki. Opinia ta nie zmieniła się jednak również po jej zakończeniu. Nadal uważam, że przedstawienie to zostało skrojone pod konkretnych widzów, wśród których ja nie jestem.
Wydaje mi się, że jedna z ukazywanych w spektaklu par, a konkretnie ta, którą tworzy profesor antropologii oraz psycholożka działająca w wolnym czasie w internecie, miała być pewnego rodzaju wentylem bezpieczeństwa, właśnie ze względu na powiązanie kobiety z social mediami (mam bowiem wrażenie, że te dość sporej ilości osób kojarzą się z młodymi ludźmi). Nie była to może jakaś wyjątkowo fatalna karykatura, ale jednak wątek nie wyszedł według mnie szczególnie naturalnie.
Kiedy obejrzałam najnowszy film Paola Sorentino zatytułowany „La Grazia”, uznałam, że nie rozumiem go. Nie chodzi jednak o to, iż nie dysponuję wiedzą w rodzaju tej, którą możemy znaleźć w książkach, ale mądrością życiową. Wspomniana wyżej produkcja w dużej mierze skupia się bowiem na temacie starości. Film oceniłam wysoko, ale wydaje mi się, że spodobałby mi się jeszcze bardziej, gdybym miała za sobą kilkadziesiąt lat i parę doświadczeń więcej...
Możecie uznać powyższy fragment za kompletnie bezsensowny, ale bez obaw – umieściłam go tutaj nie bez powodu. W przypadku „Scen z życia małżeńskiego” sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Ktoś mógłby sobie pomyśleć, że i tu pewnych typowo życiowych niuansów ze względu na młody wiek zwyczajnie nie wyłapałam, natomiast nie tym razem. Tu chodzi o coś innego…
Epizody, które prezentuje nam za Bergmanem Minkowska, są scenami, które kojarzę, i myślę, że wiele moich rówieśników również, z obserwacji zachowań naszych rodziców, dziadków. Naprawdę spora ilość gestów czy wypowiedzi jest mi tak dobrze znana, że nie zrobiła na mnie niemal absolutnie żadnego wrażenia.
Odporność wywołana długim oraz dość intensywnym obcowaniem z czynnikiem? Być może, ale mam też bardziej optymistyczną teorię na ten temat.
Wydaje mi się bowiem, choć oczywiście mogę bazować wyłącznie na własnym doświadczeniu, że świadczy to o faktycznych zmianach. Wydarzenia, które widziałam na scenie, nie są tymi, które pojawiają się w moim życiu prywatnym. Jak już wspominałam, owszem, znam je, ale nie z autopsji. To doświadczenia, historie moich bliskich, ale nie moje.
Chcę wierzyć, że to nie tylko mój jednostkowy odbiór, a spostrzeżenia większej liczby młodych osób. Gdyby okazało się, iż rzeczywiście tak jest, moglibyśmy być z siebie naprawdę dumni, ponieważ znaczyłoby to, że jesteśmy pokoleniem, które do relacji podchodzi już zupełnie inaczej i po prostu w sposób o wiele mniej toksyczny oraz zdrowszy.
Nawet jeśli do mnie sztuka nie trafiła w sposób bardzo personalny, wiem, jakie to uczucie i jestem przekonana, że wieloma osobami wstrząsnęła tak, jak mną niektóre spektakle. O kogo dokładnie mi chodzi?
Pozwólcie, że zaprezentuję Wam wizję, która majaczyła w mojej głowie praktycznie przez cały czas trwania spektaklu.
Przedstawienie miałam okazję oglądać 8 marca, a więc w międzynarodowy dzień kobiet. Wydaje mi się, że rozmaite święta są momentami, w których do teatru wybierają się dość chętnie nawet ci, którzy na co dzień nie odwiedzają go zbyt często. Hipotetyczna sytuacja: ze względu na wyjątkową okazję, około 50, może 60 letni mąż chce zabrać żonę do teatru. Nie zna się na nim szczególnie dobrze, ale „Sceny z życia małżeńskiego” to naprawdę popularny spektakl, który podoba się większości osób. Poza tym tematyka związków, miłości… Małżonce pewnie się spodoba. Para idzie do teatru. Mąż i żona siadają na widowni. Światło gaśnie, rozmowy cichną, a zaraz później rozpoczyna się spektakl. Im dalej w las tym jednak gorzej, a to dlatego, że na scenie widzą siebie. Przyglądając się rozmaitym epizodom, nie mogłam przestać myśleć o powrocie takiego wyimaginowanego małżeństwa do domu… Wyobrażałam sobie tę niezręczną ciszę w samochodzie, tę gęstą atmosferę… Zdaje mi się, że to jest właśnie grupa odbiorcza.
Było poważnie, dlatego teraz czas na nieco humoru. Również żarty, które słyszymy w trakcie spektaklu, utwierdziły mnie w przekonaniu, iż to spektakl raczej dla osób o kilkanaście czy kilkadziesiąt lat starszych ode mnie. Nie zamierzam być hipokrytką i muszę przyznać, że choć nie śmiałam się tak często oraz głośno jak bardziej dojrzali widzowie, parę razy również parsknęłam pod wpływem tego, co usłyszałam. Bo chyba sami przyznacie, że rymowanki takie jak: "uwaga, zaraz rozbiorę się do naga" albo "kto gra w karty, nie je tarty" są tak głupie, że aż zabawne. Oprócz tego dochodzi tutaj też kwestia żartów i zachowań groteskowych, znów charakterystycznych dla pewnego pokolenia.
A skoro zaczęłam już temat komizmu, pozwólcie, że będę go kontynuowała. Przez większą część spektaklu o rozbawienie widzów dba, jak zawsze fenomenalny, Juliusz Chrząstkowski. Choć jego postać nie została napisana jako od początku do końca komediowa, mężczyzna, w którego się wciela, boryka się z zanikami pamięci i oczywiście problemami w związku, faktem jest, że wypowiadanymi frazami doprowadza publiczność do łez rozbawienia.
Jeśli chodzi o obsadę, tak naprawdę wszyscy aktorzy odgrywają swoich bohaterów w sposób możliwie jak najbardziej wiarygodny i dopracowany.
Oprócz Juliusza Chrząstkowskiego, na tle zespołu, który mamy okazję oglądać na scenie, wyróżnia się też moim zdaniem wyraźnie Natalia Kaja Chmielewska. Podkreślam jednak, iż może to być moja bardzo subiektywna opinia ze względu na fakt, że lubię bohaterki bystre, uwodzicielskie, tajemnicze oraz chodzące własnymi ścieżkami, a taka właśnie jest grana przez aktorkę postać.
Istotną rolę w przedstawieniu odgrywa również scenografia. Nie jest to ten typ spektaklu, w którym dekoracja staje się tak ważna, że właściwie zaczynamy postrzegać ją jako kolejnego aktora, ale pewne jej elementy zapadły mi w pamięć.
Ubikacja, do której wciśnięta zostaje suknia ślubna, samochód będący świadkiem raniącego wyznania pijanego mężczyzny, łóżko z sypialni pary tworzonej przez psycholożkę-influencerkę i profesora, które staje się świadkiem ich kłótni, czy stół, przy którym spotykają się podczas wspólnego posiłku przyjaciele. Znaczący element stanowi też oczywiście poruszająca się niemal przez cały czas platforma; nieważne czy jest dobrze czy źle, czy kochamy się czy nienawidzimy – świat nie będzie na nas czekał, on wciąż gna naprzód.
W spektaklu zostaje wykorzystany także ekran, czyli element, którego ostatnio mam już naprawdę dosyć, ponieważ pojawia się niemal we wszystkich sztukach. Muszę jednak przyznać, że tutaj projekcje całkiem dobrze współgrają z przedstawieniem, więc nie uznaję obecności wyświetlacza za wadę.
W wywiadach dotyczących „Scen z życia małżeńskiego” Minkowska często podkreśla, iż to, co stworzył Bergman, wciąż pozostaje prawie że niezmienne. Istotnie, mężczyzna musiał siłą rzeczy znać się dosyć dobrze na temacie, ponieważ sam rozwodził się cztery razy. Jak już wspominałam, kwestia aktualności jest jednak według mnie sprawą bardziej złożoną.
Należy jednak obiektywnie przyznać, że spektakl przyciąga rzesze odbiorców, którzy, wnioskując chociażby po długich owacjach na stojąco, wychodzą z niego zadowoleni. „Sceny z życia” małżeńskiego nie okazały się jedną z moich ulubionych sztuk, ale nie żałuję czasu, który spędziłam, oglądając przedstawienie Minkowskiej w teatrze.
Może gdyby nie końcówka, która była moim zdanie naprawdę szalona i chyba nie do końca potrzebna, przyznałabym spektaklowi ocenę 7/10. Jak już wspominałam na początku, dostaje jednak ode mnie mocną 6, co wydaje mi się być oceną w pełni zasłużoną i uzasadnioną.



Komentarze