Polish Horror Story
- Heart, Hear Art!
- 5 paź 2025
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 20 paź 2025
reżyseria: Marcin Liber, teatr: Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Około pół roku temu miałam okazję obejrzeć spektakl Straszny dwór w reżyserii Anny Obszańskiei.
W chwili oglądania sztuka podobała mi się, jednak nie sądziłam, że zostanie ze mną na aż tak długo i że będzie mnie... Aż tak mocno uwierać.
Ponieważ wystawiany na deskach Narodowego Starego Teatru „Straszny dwór”, mimo zakończenia, które teoretycznie powinno napawać nadzieją, dotknął jakiegoś czułego punktu w moim sercu i po dzień dzisiejszy z uporem na niego naciska…
Pewnie nieco dziwi Was, dlaczego recenzję Polish Horror Story zaczynam od wywodu na temat Strasznego dworu. Odpowiedź jest jednak banalnie prosta – przesłanie tych dwóch spektakli wydaje się praktycznie takie samo. Ich forma natomiast okazuje się zupełnie odmienna…
Pytany podczas premiery medialnej o swoją najnowszą sztukę, reżyser Marcin Liber odpowiedział:
Przedstawienie („Lepper. Będziemy wisieć albo siedzieć”) kończyło się deklaracją, że to ostatnie przedstawienie o Polsce. Niestety to deklaracja fałszywa, nie udało się nie zrobić kolejnego spektaklu o Polsce. To pewnego rodzaju koszmar powinności, horror opowiadania wciąż historii, które znamy i które nas konstruują, są o naszych upiorach, przodkach, traumach i lękach.
I tak chyba rzeczywiście jest… Choć niby wiemy, że aby rana zagoiła się, należy przestać jej dotykać, wciąż z lubością powracamy do naszej historii i rozdrapujemy tworzącą się już bliznę. To nie zarzut wymierzony w kogokolwiek, też tak robię…
Po przeczytaniu opisu spektaklu spodziewałam się kompletnego szaleństwa, może wręcz wariactwa na miarę Witkacego!
Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam szczęśliwa, gdy okazało się, że dostałam właśnie to, o czym marzyłam!
Zaczyna się niepozornie, bo od dwójki youtuberów, którzy odwiedzają różne cmentarze, choć w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że to na polskich jest najwięcej nieszczęśliwych duchów. Nasi współcześni Ghost Busters to Wolf oraz Arnie grani odpowiednio przez Antoniego Milanceja i Wojciecha Dolatowskiego, którzy po pewnym czasie zostają dostrzeżeni przez dziennikarzy.
Dziennikarzy głodnych rozgłosu, sensacji i zwykłego skandalu.
Bardzo podobał mi się groteskowy sposób prezentacji tej grupy zawodowej. Na wszelki wypadek dodam oczywiście, iż wiem, że nie każdy dziennikarz jest taki jak ci ze spektaklu Marcina Libera, ale mamy chyba wszyscy świadomość, że wszędzie zdarzają się ludzie… Po prostu spragnieni sławy i dużych pieniędzy, a jednocześnie pozbawieni moralności. No i jakoś dobrze ogląda się takich przerysowanych bohaterów!
Groteski mamy tutaj dużo więcej. Tak naprawdę całe przedstawienie utrzymane jest w tej konwencji. Oprócz wspomnianej kategorii estetycznej, spoiwo poszczególnych scen stanowi również niezwykle klimatyczna muzyka zespołu Nagrobki, który uwielbiam! Tym razem ich piosenki, i nawet sama nazwa duetu, zdawały się jednak pasować do spektaklu chyba jeszcze lepiej niż w przypadku poprzedniej sztuki Marcina Libera!
Skoro zaczęłam już ten temat, pozwolę sobie go kontynuować. Bardzo lubię muzykę, taniec oraz śpiew w teatrze, ale nie oszukujmy się – nie zawsze się one tutaj sprawdzają…
Tym razem każdy z wymienionych przeze mnie elementów okazał się natomiast świetnie dopasowany i dopracowany!
Wspomnieć należy też, że oprócz Nagrobków podczas przedstawienia śpiewają dla nas również Karolina Kazoń oraz Magdalena Osińska, a Daniel Malchar gra na różnych instrumentach.
Teraz jednak wróćmy do osi recenzji, czyli stricte spektaklu.
W jego trakcie, podczas jednej z rozmów pomiędzy Wolfem i Arniem, pojawia się pytanie o wiarę w duchy. Niby mocno żartobliwe, biorąc pod uwagę profesję mężczyzn, ale chyba jednak nie do końca… Bo, jak stwierdza w końcu jedna z postaci, na to nie można odpowiedzieć po prostu tak lub nie.
Ze spektaklu wyniosłam ze sobą metaforę, która przypuszczam, że zostanie ze mną na bardzo długo… To przenośnia mówiąca o tym, że poszukiwanie zjaw na cmentarzach są w rzeczywistości próbami odnalezienia w nich przez nas siebie samych. Tę rzecz robimy zaś po to, by w końcu na dobre rozliczyć się z przeszłością i od niej uwolnić…
W Polish Horror Story doskonale zostaje ukazana nasza specyficzna, żeby nie powiedzieć toksyczna, relacja z historią. Niby wiemy, że nie możemy cofnąć się do tego co było, ale wiele z nas pragnie za wszelką cenę złamać wszelkie zasady czasoprzestrzeni i jednak to zrobić.
Taki stan rzeczy obrazuje relacja, jaką nawiązuje wielokrotnie wspominany już wcześniej Arnie z Zośką, która przecież jest duchem.
I my zdajemy się wciąż romansować z przeszłością, jak gdyby starając się zignorować fakt, że przecież to relacja niemożliwa do spełnieni. Desperacko pragniemy jednak tego związku, bo chcemy… No właśnie, czego? Uzdrowić się? Chyba jednak nie do końca…
To kolejna ważna lekcja płynąca ze sztuki – jako naród jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni do cierpienia, że nie potrafimy żyć bez niego. Może przez chwilę, przez moment, ale kiedy taki stan rzeczy utrzymuje się zbyt długo, zaczynamy czuć się nieswojo i szukamy kolejnego powodu do rozpaczy. Polska Chrystusem narodów... Tylko gdzie to jej zmartwychwstanie?
W przedstawieniu pojawia się sporo odniesień do polskiego dziedzictwa kulturowego, głównie do literatury. Mamy tu chociażby Chochoła czy zmodyfikowane teksty ze znanych nam doskonale dzieł klasycznych polskich pisarzy.
Jest kolorowo i przez sporą część spektaklu bardzo śmiesznie, ale przede wszystkim wartościowo. Uważam, że to naprawdę cenna sztuka i może właśnie tak powinniśmy traktować przeszłość – mówić o niej, ale z przymrużeniem oka.
Polish Horror Story to przedstawienie, które bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
Jeśli jeszcze go nie widzieliście, serdecznie polecam Wam wybrać się na ten spektakl, zwłaszcza teraz – jesienią, bo klimat sztuki wprost idealnie pasuje do trwającej obecnie pory roku – cmentarze, zjawy, mrok… Groza, choć bardziej taka jak ta z teledysku do piosenki Thriller Michaela Jacksona niż ponura i prawdziwie przerażająca ;)
Moja ocena spektaklu to mocne 8/10. Bawiłam się naprawdę znakomicie i wydaje mi się, że w przyszłości wybiorę się na tę sztukę ponownie!



Komentarze